Komuniści wpoili dziewczynce przekonanie, że jej rodzice to bandyci. –
Uważałam ich za przestępców aż do końca lat 80. – wspomina dzisiaj
Magdalena Zarzycka-Redwan, urodzona w 1949 roku w osnutym ponurą sławą
stalinowskim więzieniu na Zamku w Lublinie. – Dopiero po upadku
komunizmu zaczęłam szukać ludzi, którzy pamiętali moich rodziców i
odkrywać rodzinną historię – dodaje.Naboje w mące
Rodzice Magdaleny, czyli Stefania i Władysław Zarzyccy, mieszkali we
wsi Kolonia Łuszczów niedaleko Lublina. Działali w podziemnej
organizacji Wolność i Niezawisłość. WiN stawiało rozpaczliwy opór
komunizmowi. Tak długo, aż Urząd Bezpieczeństwa wyłapał i wymordował
prawie wszystkich.
Tata Magdy był w WiN-ie kwatermistrzem. Organizował amunicję dla kolegów z „lasu” i przekazywał im pieniądze.
Stefka była wysoka i bardzo ładna. Jej jasnoblond włosy układały się w fale. Władek był czarnowłosy, podobno przystojny.
Dom Zarzyckich stał z dala od innych zabudowań. Z jednej strony
podchodził pod niego las janowski, z drugiej las łuszczowski. Dom
idealny dla kogoś, kto planował wywrotową działalność. – Rodzice kupili
go pod koniec wojny od Niemca, który uciekał przed Armią Czerwoną. Nie
wiem, dlaczego przyjechali właśnie tu z spod Opatowa na Kielecczyźnie.
Prawdopodobnie już tam byli związani z ruchem oporu. Czy musieli
stamtąd zniknąć, czy przyświecał im jakiś inny cel, nie wiem. Nie chcę
gdybać – mówi Magdalena
Przez kilka miesięcy dom był dla żołnierzy WiN koszarami. – Ale później
dostali rozkaz, że nie wolno im u nas stacjonować. Ojciec miał być
daleko od „lasu”. Bo gdyby go zabrakło, „leśni” straciliby swoje
najważniejsze oparcie w terenie. Więc tylko co jakiś czas spotykali się
w naszym domu dowódcy – relacjonuje Magdalena.
Żołnierze WiN na Lubelszczyźnie mocno dali się komunistom we znaki.
Także w Łuszczowie, wiosce Zarzyckich, w potyczce z oddziałem kapitana
"Uskoka" z WiN-u zginęło w 1947 roku pięciu milicjantów i ormowców.
– Moja siostra Marysia wspominała, że jeździła wtedy z mamą po amunicję
do gwoździowni w Lublinie. Naboje były schowane na wozie w workach z
mąką. Mama przez całe 13 kilometrów do domu gnała konie, aż były mokre.
Ale ta "mąka" nigdy do domu nie dojechała, bo przedtem, w lesie, worki
rozładowywali partyzanci – mówi Magdalena.
Władek był prezesem związku chmielarskiego. Dlatego mógł bez przeszkód
jeździć po całej okolicy w sprawach WiN. Kiedy zaczepiła go milicja,
odpowiadał, że jeździ podpisywać umowy z plantatorami. – A jak pod nasz
dom podjeżdżali łącznicy w taksówce, to ojciec tłumaczył sąsiadom, że
„przyjechali ze związku chmielarskiego” – uśmiecha się Magdalena.
Ubek w płaszczu ojca
Wszystko się skończyło 2 marca 1949 roku. Żołnierz WiN o pseudonimie
„Góral” doprowadził do zagrody Zarzyckich funkcjonariuszy UB.
Oficerowie WiN, którzy właśnie mieli tam naradę, brawurowo przebili się
do lasu. Ale UB aresztowało gospodarzy: Stefkę i Władka.
Przez następne dni ubecy podjeżdżali pod dom ciężarówkami i kradli
dobytek Zarzyckich. Troje dzieci Zarzyckich w przerażeniu chowało się
wtedy w skrytce pod słomą w budynku gospodarczym. Najstarsza Marysia
miała 13 lat, Henio 11, a Zosia 9. Widzieli, jak jeden z ubeków
wychodzi z domu ubrany w piękny, zimowy płaszcz ich taty.
Sąsiadom ubecy zabronili zbliżać się do gospodarstwa Zarzyckich. Dzięki
temu mogli bez świadków grabić ich majątek. A dzieci głodowały.
Tymczasem w Lublinie trwały przesłuchania rodziców. Jak wyglądały,
wiadomo z zachowanych akt śledztwa i późniejszych opowiadań Władysława.
Ubecy bili jego żonę, trzymając go na korytarzu, skutego i pod strażą.
Drzwi do pokoju, w którym ją bili, były otwarte. Stefka była wtedy w
zaawansowanej ciąży. – Gdyby ojciec nie był skuty, rozszarpałby tych
ubeków, bo był bardzo postawnym mężczyzną. A mama musiała tak samo
słuchać na korytarzu, jak ubecy bili tatę – mówi Magdalena.
Stefka uparcie odpowiadała śledczym, że jak partyzanci przyszli, to ona
im tylko jeść dała. Kiedy wyprowadzali ją skatowaną z ostatniego
przesłuchania, rzuciła do męża czekającego na korytarzu: "Władek, ja
już dłużej tego nie wytrzymam". – Prosto z tego przesłuchania
przewieźli ją na oddział szpitalny więzienia na Zamku w Lublinie, bo
mama zaczęła mnie ronić – mówi Magdalena Zarzycka.
Prawdopodobnie Magda miała urodzić się miesiąc później. Poród odbierała
znajoma Stefki, pani Traczowa. To była akuszerka z Łuszczowa, która
przez krótki czas też siedziała na Zamku. – Mama po porodzie
wypowiedziała tylko dwa zdania. Zapytała: „chłopiec czy dziewczynka?”.
Pani Traczowa odpowiedziała, że dziewczynka. A wtedy mama powiedziała:
„Niech jej Bóg pozwoli żyć” – mówi Magdalena, dziwnie zamyślona. –
Akuszerka zajęła się wtedy na chwilę mną. A kiedy znów odwróciła do
mamy, mama nie żyła – dodaje.
Magdalena nie wie, jak udało jej się przeżyć następne dwa lata i dwa
miesiące. Bo spędziła je w więzieniu, wśród obcych ludzi. Kto ją
karmił, kto przewijał? Pewnie co chwila ktoś inny. A czasem może i
nikt. – Mam dwie córki i wiem, ile trzeba poświęcić wysiłku dziecku w
tym wieku. To, że żyję, to jakaś tajemnica – mówi.
Tymczasem ojciec siedział w innej części tego samego więzienia. O tym,
że ma córkę, a jego żona nie żyje, dowiedział się w końcu października,
czyli po pół roku. Został skazany na 15 lat więzienia.
A Madzia trafiła do sierocińca w Łabuniach. Pamięta, jak sikała tam w
majtki z przerażenia, gdy prowadzące sierociniec zakonnice wyprowadzały
ją na podwórko. – Bo na podwórku była taka ogrooomna przestrzeń... A ja
znałam tylko prostokąt nieba na dziedzińcu więzienia. Nie wiedziałam
nawet, jak wyglądają drzewa i trawa – wspomina.
Później był następny sierociniec, w Klemensowie. Budynek stał w parku,
więc dziewczynkę mniej straszyła otwarta przestrzeń. Tam Madzia
doczekała politycznej odwilży 1956 roku. Ojca zwolniono z więzienia.
Przyjechał, przytulił. – Broniłam się przed tym jego przytulaniem, bo
to był dla mnie obcy mężczyzna. Nie chciałam go znać. W 1957 roku,
kiedy tylko dostał pozwolenie na zamieszkanie w swoim domu, zabrał mnie
z sierocińca. Krępowało mnie, że ten pan mnie rozbiera, żeby mnie
wykąpać. Mnie nikt przedtem nie kochał i nikt mi nie stawiał wymagań.
Nie rozumiałam i nie chciałam tego. Denerwowało mnie, że na dobranoc
zamiast bajki opowiada mi, jak jego pokolenie walczyło o wolność
przeciw komunistom. Mówił, że ja doczekam, aż ten system się zawali, i
że opowiem to w przyszłości moim wnukom – mówi.
W zrujnowanym domu w Łuszczowie rodzina zaczęła się odradzać. Magda
poznała swoje rodzeństwo. Było jej przykro, kiedy Zosia przyznała, że
wolałaby, żeby zamiast Magdy przeżyła jej mama. Najstarsza Marysia
patrzyła na to inaczej. „Co ty mówisz! Przecież wiesz, kto zamordował
naszą mamę” – powtarzała. A brat Henio stał się dla Magdy autorytetem.
Nosił ją na rękach. Nauczył ją, jak się skacze z okienka na stertę
słomy. – Ojciec był przewrażliwiony na punkcie mojego zdrowia i
bezpieczeństwa, więc mu się do tego nie przyznaliśmy – uśmiecha się
dziś Magdalena.
Czasem przychodzili ostatni partyzanci. Władysław natychmiast wychodził
z nimi do lasu. Kiedy po latach Magdalena zobaczyła zdjęcie
zastrzelonego "Lalusia", zdała sobie sprawę, że zna jego twarz. "Laluś"
był ostatnim żołnierzem niepodległej Polski. Zdradzony, zginął w walce
dopiero w 1963 roku. Magda zapamiętała jego wizyty, bo "Laluś", nieco
pucułowaty blondyn, był przystojny. Innym razem Magda widziała, jak
ojciec zakopuje na podwórku broń. Zanim tata ją odsunął, dotknęła
jednej ze skrzyń i trwale ubrudziła smarem swoją koszulkę.
Magda zapamiętała, że paznokcie jej ojca po ubeckich torturach rosły
dziwnie zdeformowane. To była pamiątka po ich wyrywaniu. Pamięta też
jego nogi pokryte bliznami. – Ojciec opowiadał, że bili go właśnie w
zabliźniające się rany, żeby je odnowić. A potem wrzucali go do celi
wypełnionej wodą, żeby te rany gniły. Miał na to wojskowe sposoby, np.
odkażał rany własnym moczem – mówi.
Moi rodzice bandyci
Władysław Zarzycki próbował odzyskać dla swoich dzieci majątek żony.
Proces nie szedł po jego myśli. W 1963 roku wrócił z rozprawy i zmarł
na zawał.
– To straszne, ale ucieszyłam się, że znów pójdę do sierocińca. Nie
czułam wtedy więzi z tatą – wspomina Magdalena. – Dopiero w Państwowym
Domu Dziecka w Lublinie zorientowałam się, że to jeszcze gorsze miejsce
niż sierociniec prowadzony przez zakonnice. Kierowniczka szczuła na
mnie inne dzieci. Wyzywali mnie, miałam przezwisko "partyzant". Bardzo
się wtedy wstydziłam za rodziców. Zgadzałam się recytować na
akademiach: "Moi rodzice byli bandytami. Ja jednak jestem młoda i nie
pójdę ich śladem" – dodaje.
Dziewczynie nie przysługiwał przydział butów ani ubrań. Nie
uczestniczyła w wycieczkach. Państwo wciąż karało ją za to, że jej
rodzice byli patriotami.
Mogła uczyć się wyłącznie w zawodówce. Wybrała handlówkę. Dobrze się
tam uczyła, tańczyła w zespole, dawała korepetycje innym dzieciom. –
Były tam dwie kobiety, które jakoś mnie budowały, rozbudzały chęć do
nauki. Wicedyrektor, pani Górska, i nauczycielka matematyki, pani
Myrcik. Sądzę, że one miały w przeszłości coś wspólnego z ruchem oporu.
U nich czuło się tego ducha – wspomina.
Została ekspedientką w sklepie mięsnym. Niestety, wyrzucili ją, kiedy
odkryli, że jej rodzice nie zginęli w wypadku samochodowym. Bo taką
wersję podawało rodzeństwo Zarzyckich w życiorysach. – Moja siostra
Marysia dostała się na rolnictwo na trzech różnych uczelniach. I z
wszystkich ją wyrzucili. Siostra więc radziła: wyjdź za mąż i zmień
sobie nazwisko. No to wyszłam za mąż dla nazwiska, ze świadomością, że
zaraz się z mężem rozwiodę – mówi.
Rozwiodła się, ale przedtem urodziła się im córka Wioletta. –
Skrzywdziłam ją, bo nie wiedziałam, jak być dobrą matką. Ona przytulała
misia i ja też przytulałam misia. Nie kupowałam zabawek dla niej, tylko
dla siebie. Córka to wyczuwała – wspomina. – Bardziej dojrzała byłam
już przy drugiej córce, Dagmarze, którą miałam w wieku 30 lat. Tyle
samo miała moja mama, rodząc mnie – mówi.
Przez całe życie Magdalena nie mówiła prawdy o swoim pochodzeniu.
Wiecznie czuła strach, że prawda się wyda, że ją wyrzucą ze studiów, z
pracy. Z tego powodu nie ufała ludziom. Trudniej było jej się z ludźmi
zaprzyjaźnić, bo bała się przed nimi całkiem otworzyć. Myślała, że się
od niej odwrócą, że doniosą. Mówi dziś, że żyła w kłamstwie.
Spotykała jednak też dobrych ludzi. Prezes Skrzetuski ze spółdzielni
„Samopomoc Chłopska”, gdzie pracowała, kazał jej obiecać, że podniesie
wykształcenie. I tak jej układał grafik dyżurów, żeby mogła skończyć
liceum, a potem studia ekonomiczne. Kiedy odszedł na emeryturę,
następny prezes przyznał się: „nie wiem dlaczego, ale dałem
Skrzetuskiemu słowo, że będziesz się uczyć, a ja mam ci w tym pomagać”.
– Wtedy zrozumiałam, że on wiedział – uśmiecha się Magdalena.
W latach 80. Magdalena została dyrektorem lubelskiego oddziału
esperanckiego biura turystycznego. Jej siostra Marysia była
uszczęśliwiona. – To był czas, kiedy już nie sprawdzano tak dokładnie
przeszłości człowieka. W późnych latach 80. zaczęłam powoli przyznawać
rację Marysi, że może jednak nasi rodzice nie byli bandytami.
Przeczytałam broszurkę o Katyniu. A potem zaczęłam badać moją
przeszłość – wspomina.
Dotarła m.in. do partyzanta „Górala”, który doprowadził UB do ich
rodziców. – Powiedział, że przez całe życie spodziewał się wizyty
któregoś z nas. Mówił, że złamał się po torturach. Że chciał podać
fałszywy termin spotkania dowódców w naszym domu, ale z tego bólu podał
właśnie termin prawdziwy. Wyszłam wzburzona. Dopiero po pół roku
powiedziałam, że mu wybaczam – wspomina.
Dzisiaj Magdalena wierzy, że jej rodzice są bohaterami. Po
czterdziestym roku życia wreszcie zaczęła się z nimi zaprzyjaźniać.
Przywraca im dobre imię, mówi o nich. Uzyskała w sądzie uniewinnienie
ojca. W zeszłym roku odebrała w imieniu mamy order, przyznany przez
prezydenta.
Magdalena miała w życiu trzech mężów, teraz jest wdową. W dzieciństwie
została ochrzczona i przyjęła Komunię świętą na życzenie ojca. Nie
chodzi jednak do kościoła, bo nie cierpi księży. – Codziennie się modlę
do moich rodziców. Mama śni mi się zawsze, kiedy mam kłopoty. Mówię jej
o wszystkim. Ale wierzę, że jest Ktoś większy niż moja mama, że musi
być jakiś Bóg. Codziennie w drodze do pracy odmawiam za rodziców
„wieczny odpoczynek”. Wchodzę nawet do kościoła na placu Trzech Krzyży
w Warszawie, żeby to „wieczny odpoczynek” zmówić – mówi.
– Więc rodzice są tą nicią, która wiąże panią z Bogiem? – dopytuję. –
Tak właśnie jest. A wie pan, że we śnie zawsze widzę mamę, jak wchodzi
w górę po kręconych schodach? To schody podobne do prowadzących na
więziennego koguta, czyli wieżyczkę strażniczą. Kiedy odwiedziłam
dziedziniec Zamku w Lublinie, poukładało mi się to w głowie. Myślę, że
więźniarki mówiły mi, że mama poszła do nieba. A niebo to był ten
niebieski prostokącik widoczny z dziedzińca. I były tam kręcone schody
na koguta. Wyobraziłam sobie, że mama tam wchodzi. I w snach widzę do
dzisiaj moją mamę wchodzącą do nieba – mówi.
Grzegorza poznałem na początku studiów. Sympatyczny, uśmiechnięty,
jednocześnie niezwykle wyważony w swym postępowaniu i oszczędny w
słowie. Swoją głową do historii wzbudzał w nas prawdziwy zachwyt. Kiedy
ktoś na stancji potrzebował jakiejkolwiek informacji dotyczącej
minionych wydarzeń, remedium mogło być tylko jedno – Grzesiek. Na nasze
zaczepki, jakoby był komputerem w ludzkim ciele, zwykł odpowiadać, że
robi, co naprawdę lubi i jedynie to stanowi tajemnicę jego sukcesu.
Często widywaliśmy go przesiadującego po nocach w kuchni. Czytał swoje
księgi wzrokiem świdrującym tekst niczym wiertło ścianę. Sądziliśmy, że
to uwielbia, więc zostawialiśmy go wtedy samego. Po cichu opuszczając
pomieszczenie, wracaliśmy do typowych dla siebie, dużo luźniejszych
rozrywek.- Wiesz, chciałbym umrzeć – usłyszałem kiedyś z jego ust. Puściłem to
mimochodem, uznając za efekt zmęczenia kolejną nocą nauki. Podobnie
zrobiłem słysząc to miesiąc później… O tym, w jak poważnej depresji
jest Grzegorz, dowiedziałem się dopiero po kilku latach. Spotkaliśmy
się przypadkiem na jednej z bocznych uliczek poznańskiej starówki.
Początkowo go nie poznałem. Jego twarz niczym nie przypominała oblicza
23-letniego człowieka. Zryta zmarszczkami, stara. Efekt długotrwałej
depresji, leczenia środkami psychotropowymi i ogólnego wyniszczenia
organizmu. – Nauka była dla mnie wszystkim, bo wszystko inne mnie
przerażało. Bałem się życia. "Stary" nienawidził mnie za to, że
poszedłem na historię, a nie na medycynę. Chciałem mu pokazać, że
osiągnę sukces. Starałem się, ale przyszła pierwsza nieudana sesja.
Później następna. Załamałem się. Dwukrotnie próbowałem popełnić
samobójstwo. Wtedy na kilka miesięcy wsadzili mnie do "psychiatryka".Rodzice nie zawsze dorastają do swej roli
W depresję może popaść każdy. Pomimo tego, że często za ryzyko
zachorowania odpowiedzialny jest bezpośrednio genotyp człowieka. Na
stres jesteśmy odporni w różny sposób, w zależności od grubości naszego
biologicznego "pancerza". Nikt nie pozostaje jednak całkowicie obojętny
na wpływ otaczającej rzeczywistości. Ostatnie lata szczególnie obfitują
w historie młodych osób popadających w stany depresyjne. Dlaczego tak
się dzieje? - Rodzice nie zawsze dorastają do swej roli – mówi mgr
Wojciech Lindner, poznański psycholog i psychoterapeuta. - Przenoszenie
swych ambicji na dzieci, jak to było w przypadku Grzegorza,
rzeczywiście może być problemem. Co istotne, u podstaw takiego
zachowania mogą leżeć pozytywne motywacje. Załóżmy, że ojciec jest
prawnikiem. Posiada własną kancelarię, ma wyrobione nazwisko, pozycję w
tzw. środowisku. W swój sukces włożył wiele wysiłków i oczywistym
wydaje mu się fakt, że syn powinien docenić to i przejąć firmę. Nie
chce mu tym przecież wyrządzić krzywdy. Ale z drugiej strony syn może
mieć zupełnie inne plany na życie. I to powinno zostać uszanowane.
Kompromisem może być jedynie próba przekazania wizji ojca tak, aby
obrazując korzyści płynące z podążania wytyczonym przezeń szlakiem, nie
narzucał on własnego zdania. Wszystko jest kwestią dialogu, sposobu
dotarcia. Swoją drogą młodzi zawsze będą dążyć do "ścierania się".
Rodzice, reprezentując świat dorosłych, są zaś pierwszymi, którzy stoją
na linii frontu.
Wyrocznią zostać łatwo
Wkraczającym w świat młodym ludziom brakuje autorytetów – twierdzi
Bernadeta Naleźniak, psycholog kliniczny. Zapracowanym dorosłym, którzy
nie poświęcają dzieciom wystarczającej ilości czasu, z pewnością do
rangi autorytetu aspirować trudno. Często problemem jest panująca w
domu "wolna amerykanka"; brak wyraźnych reguł określających zakres praw
i obowiązków. Brak zasad. Efektem jest chaos, który nie sprzyja
stabilności psychicznej i wprowadza w życie kolejnych frustratów,
chwiejnych i podatnych na załamania z racji każdego niepowodzenia.
Skoro nie da się wyhodować rośliny dostatecznie jej nie pielęgnując,
tym bardziej nierealne staje się wychowanie dziecka bez poświęcenia mu
odpowiedniej ilości czasu. W obliczu niemocy w relacji dziecko –
rodzic, młodzi szukają pomocy gdzie indziej. A dziś bardzo łatwo zostać
wyrocznią w kwestiach życia. Niestety, na krótką metę. "Autorytety"
zmieniają się niemal z każdym kolejnym wejściem na stronę internetową
czy włączeniem telewizora. Młodzież widzi idoli, którzy funkcjonują
niczym kameleony. W jednej chwili święci, za moment stają się
skandalistami. Walka o sławę i pieniądze dopuszcza wiele chwytów. Jak
to jednak wyjaśnić dzieciom, które w gwiazdach popkultury upatrują
mentorów znających rozwiązanie wszystkich ich kłopotów?Pędem do załamania
Nie zawsze za stanami depresyjnymi młodych stoją rodzice. Do ich
powstania w dużej mierze przyczynia się promowany przez media styl
życia czy obowiązujące trendy. Postępujący kryzys w tej kwestii dało
się zauważyć już na początku lat 90. XX w. Kapitalizm wnosząc wiele
dobrego, jednocześnie o 180° zmienił dotychczasową sytuację. Dorośli
poczuli się jak dzieci wrzucone do zupełnie nowej rzeczywistości.
Doświadczenie dla młodych, którym w jednej chwili zabrakło przewodnika
po tym nieznanym świecie, musiało być jeszcze mocniejsze. Łatwiejszy
dostęp do używek, prawdziwy wysyp komputerów, zachodnich ciuchów i
innych zdobyczy kapitalizmu przytłoczył ich niczym lawina. Chłopcy
zamarzyli o drogich samochodach, dziewczyny o wyglądzie top-modelek.
Efekt: coraz większy odsetek chłopaków szukających ratunku w
narkotykach i młodych kobiet chorujących na anoreksję czy bulimię. – W
ośrodku prowadzimy 10-tygodniowe turnusy terapii. Jesteśmy nastawieni
na przyjęcie osób z różnymi problemami natury psychicznej, niemniej
najczęściej trafiają tu dziewczyny z zaburzeniami jedzenia – mówi o
swej pracy w klinice psychiatrii dzieci i młodzieży mgr Lindner. I
rzeczywiście, jak wskazują psycholodzy zarówno negowanie swojej
fizyczności, jak i wartości w sferze mentalnej jest jedną z
najczęstszych przyczyn popadania w długotrwały, chorobliwy stan
przygnębienia.
Przemiany ostatnich lat, włączając w to również wejście do Unii
Europejskiej nie pozostają bez wpływu na zachowania studentów. Większe
możliwości rozwoju społeczno-zawodowego poza granicami Polski
przymuszają do inwestowania w naukę języków obcych, równoległe studia
na kilku kierunkach i podporządkowanie swojego życia budowaniu
przyszłej kariery. Nie ma tu już miejsca na zabawę, beztroskie
podejście do nauki i myślenie w kategoriach: "Jakoś to będzie...".
Dzisiejsi studenci stają się projektantami swego życia zawodowego w
sposób nieuwzględniający potknięć. Planują karierę na kilkanaście lat
naprzód, próbując często pogodzić edukację z prowadzeniem własnej
firmy. Dążą do realizacji założeń "po trupach", nie zauważając często,
że największą ofiarą własnych ambicji stają się oni sami. Jedno
potknięcie przetrwa każdy. Drugie może też. Ale nie ma ludzi z żelaza.
A nawał stresów, nieunikniony przecież, gdy stawia się za cel
pogodzenie nauki, stałej pracy i życia osobistego, z pewnością nie
sprzyja stabilizacji emocjonalnej.
Czy depresji można uniknąć? – W wielu przypadkach jesteśmy w stanie
zminimalizować ryzyko pojawienia się choroby. Jej przyczyn może być
wiele. Ważne jednak, by zawsze mierzyć swe siły na zamiary. Nie
próbować zagłuszyć jednego problemu innym. I wbrew presji otoczenia,
realizować tylko te wzorce, które uznamy za dobre, wartościowe i nasze.
Jestem
sfrustrowana pracą za głodową pensję, brakiem możliwości rozwoju,
zacieśniającymi się horyzontami. Nie chcę wracać, bo nie widzę
perspektyw dla siebie. Polska stoi nad przepaścią. Koledzy Lekarze! Nie
dajcie się wziąć w kamasze, posadzić w więzieniu ani postawić pod sąd.
WYJEZDŻAJCIE! Polska jeszcze długo nie będzie Was doceniała - pisze
lekarka, która prowadzi też bloga formaprzetrwalnikowa.blox.p .
Za górami, za lasami żyła dziewczynka. Nazwę ją Kopciuszkiem, bo wszystko zaczęło się od butów...
Dziewczynka ta myślała, ze jest Wyjątkowo Mądrą Dziewczynką - wydawało jej się, że to, co robi zawodowo, robi świetnie.
Ale tak naprawdę była głupiutka, bo mimo swej pracowitości, wytrwałości i pasji, z jaką wykonywała swoją pracę, była nadal biedna.
Ale wróćmy od butów, bo to od nich się zaczęło...
1.
Kiedy ucieszyłam się z odkrycia w szafce starych butów, bo pomyślałam, że jak po wypłacie dokupię sznurowadła, to będą całkiem fajne, rozpłakałam się. Poczułam, ile warta jest moja praca w tym kraju. W butach, w których chodzę od dwóch lat, znów zrobiła się dziura, ale tym razem nie było mnie stać na szewca. Potrzebowałam pieniędzy na szkolenie zawodowe i bilet na pociąg, żeby dojechać. A że nie starczyło na bilet tramwajowy, z dworca poszłam na zajęcia pieszo - drobiazg: 7 km. Płakałam z upokorzenia. Nie pojechałam na spóźnione wakacje i zjazd mojej klasy z ogólniaka. Zapraszające mnie koleżanki nie uwierzyły, że nie mam kasy na podróż.
Nie uwierzył mi też chyba starszy kolega z pracy, który zapytał mnie kilka dni wcześniej:
- Jak to się stało, że pani pracuje już u nas tyle lat i nie ma pani samochodu?
- Bo wszystko inwestuję w siebie.
- To chyba dobra inwestycja?
- Gówniana- pomyślałam, ale głośno powiedziałam: - Chyba niezbyt dobra, skoro nie stać mnie na samochód. Nie stać mnie też na rower. Prawdę mówiąc, nie stać mnie nawet na nowe buty.
Głupiutki Kopciuszek! Jak można doprowadzić do takiego stanu? Tym bardziej jeśli z zawodu należy się do tych, o których się mówi, że nigdy boso i głodno chodzić nie będą?
Kopciuszek była lekarzem.
2.
Widziałeś kiedyś biednego lekarza? - ulubione zdanie tych, którzy widzieli lekarzy z willami i wypasionymi autami.
Ja widziałam. Co najmniej jednego.
Kopciuszek to ja.
Tym, którzy też chcieliby zobaczyć, podpowiadam, by szukać nie wśród starszych "ustawionych" specjalistów, ale wśród zwykłych, "poradnianych", zwłaszcza młodych, bez specjalizacji. Tam znajdziecie małżeństwa próbujące utrzymać siebie i dziecko w dużym mieście za dwa razy 900 zł netto, młodych zostających na kolejny dyżur - bo nikt inny nie chce, a im zawsze można nakazać - w szpitalu, który od miesięcy nie płaci pracownikom, czy hobbystów robiących specjalizację na wolontariacie, żyjących na koszt rodziców (współmałżonka). Lekarze zarabiający dziesięć razy tyle, najczęściej robią to kosztem 10-12 godzin pracy dziennie, z weekendami, na dwa-trzy etaty, biegając ze szpitala do poradni, z poradni do prywatnego gabinetu, z gabinetu na dyżur w pogotowiu, z pogotowia do szpitala, pojawiając się w domu raz w tygodniu.
Oczywiście są tacy, którzy żyją z łapówek, dowodów wdzięczności i poruszającej się w różnych odcieniach szarości współpracy z firmami farmaceutycznymi, ale nie o nich ta opowieść
3.
Tamtego dnia, idąc na zajęcia w dziurawych butach i z perspektywą chleba z dżemem na obiad, postanowiłam wyjechać.
Postanowiłam wyjechać nie tylko dlatego, że większość niezłej jak na młodego lekarza pensji zabierał mi bank (kredyty, pożyczki...) i opłaty. Pieniądze były tylko gwoździem do trumny zbijanej mi od lat przez ten kraj. Wyjechałam, bo praca, choć była moją pasją, z każdą kolejną reformą stawała się coraz bardziej rutynowa, demotywowała do nauki i promowała szybkość "załatwiania" pacjentów. Właściwie mogłaby ją wykonywać przeszkolona małpa. Zrobiłam kilka dodatkowych, teoretycznie przydatnych szkoleń, płacąc z własnej kieszeni (ok. 600 zł/miesiąc) i urlopem wypoczynkowym - pogłębiły one nie tylko moją wiedzę i umiejętności, ale także frustrację z braku możliwości ich wykorzystania. Żaden pracodawca ich nie potrzebował. Gabinet prywatny świecił pustkami - ludzie woleli tych, którzy po dwutygodniowych kursach ogłaszali, że zajmują się tym samym, a taniej. Poza tym po prostu nie spełniałam podstawowych wymagań, stawianych lekarzom w prywatnej praktyce! Nawet jeśli jesteś jedynym w promieniu 50 km fachowcem do leczenia schorzenia X - jesteś nikim, jeśli nie pełnisz funkcji ordynatora (zastępcy), nie masz znajomości w środowisku i giętkiego kręgosłupa moralnego.
Poddałam się: choćbym nie wiem jak się starała, moje umiejętności jeszcze przez wiele lat nie będą w Polsce potrzebne. Od lekarza mojej specjalności oczekuje się przede wszystkim wypisywania "dobrych" papierów na rentę, długich zwolnień, które trudno podważyć i możliwości załatwienia miejsca w szpitalu.
Relacje panujące w środowisku lekarskim dolewały oliwy do ognia. Bez odpowiednich koneksji byłam nikim, nawet mając specjalizację. Z moim brakiem znajomości i niechęcią do dostosowania się do panujących zasad czekało mnie stanowisko wiecznego starszego asystenta noszącego teczkę za ordynatorem. Zawodowa śmierć.
4.
Wyjechałam do Wielkiej Brytanii i po roku pracy nie żałuję tej decyzji. Właśnie kupuję dom i przygotowuję się do konkursu na stałe stanowisko. Bank, zamiast jak dotąd grozić mi wpisaniem na listę dłużników, daje mi bez mrugnięcia okiem kredyt na 200 tys. funtów i VIP-owskie konto. Mogę sobie kupić buty w dowolnej ilości i jakości. A co najważniejsze: jestem szczęśliwa, robiąc to, co lubię, i mając możliwości dalszego rozwoju w wybranym kierunku. Spotkałam tu życzliwych ludzi, którzy pomogli mi się zadomowić: serdecznego dyrektora, zawsze gotowy do pomocy zespół, z którym współpracuję. Udało mi się: Kopciuszek zamienił się w królewnę.
Nie zamierzam wrócić do Polski, nie nadaję się - i nie o pieniądze tu chodzi (choć w ciągu miesiąca zarabiam więcej niż w Polsce przez rok). Przyzwyczaiłam się do innego systemu pracy, do tego, że lekarz jest dobrem drogim i trudno dostępnym. Że jako consultant (odpowiednik ordynatora w Polsce) przyjmuję tylko najtrudniejsze przypadki, bo mój czas jest zbyt cenny, by marnować go na coś, czym zająć się może pielęgniarka (tutaj to kompetentny fachowiec), pracownik socjalny ("papiery na rentę") czy lekarz rodzinny. Moja praca jest doceniania, ja mam wreszcie czas dla siebie i rodziny. Nauczyłam się tu nowych umiejętności - ale one się w Polsce nie przydadzą jeszcze przez jakieś 10-15 lat.
Jestem emigrantem nowej generacji: sfrustrowana pracą za głodową pensję, brakiem możliwości rozwoju, zacieśniającymi się horyzontami. Nie chcę wracać, bo nie widzę perspektyw dla siebie. Polska stoi nad przepaścią dziejów. Dla młodych nie ma tu miejsca przede wszystkim z powodów politycznych, a że polityka zatruwa gospodarkę - także z powodów gospodarczych.
5.
Młodzi wyjeżdżają, bo nie chcą żyć za 1200 zł brutto, wiecznie czekając na lepsze czasy. Ale pieniądze, choć najbardziej widoczne, nie są jedynym motywem emigracji. Sytuacja polityczna staje się coraz bardziej nieznośna dla przyzwyczajonych do demokracji i wolności obecnych 30-latków. Opowieści o tym, że wrócą z pieniędzmi i nowymi umiejętnościami, są na wyrost: bo im wyżej tu w hierarchii pracujesz, tym więcej korzyści z życia w zaawansowanej demokracji widzisz i tym trudniej zdecydować się na powrót do Kaczystanu, a po powrocie przystosować się na nowo.
Przywiezione pieniądze zużyte na konsumpcję napędzą gospodarkę. Ale zdobyte umiejętności nie będą w Polsce jeszcze przez wiele lat potrzebne. Bo mimo rozwoju gospodarczego kraj ten jest 15-20 lat do tyłu za społeczeństwem usługowym. Specjaliści od mycia okien, strzyżenia psów czy doboru kredytu mieszkaniowego nie będą w Polsce potrzebni, póki ludzie z przyczyn ekonomicznych lub przyzwyczajenia będą woleli robić to sami. Przyzwyczajeni do luksusu wolności nie nadajemy się po obecnej politycznej Polski.
Sytuacja lekarzy jest zła: słabo opłacani, walczący o swoje prawa w strajkach, nazywani terrorystami, zastraszani postawieniem przed sądem. A pieniądze to tylko wierzchołek góry lodowej. Na zewnątrz nie widać, że środowisko jest zepsute: lekarz lekarzowi wilkiem i konkurencją; blokowanie specjalizacji, niechęć starszych kolegów do dzielenia się wiedzą z młodszymi, walka o każdy dyżur (pieniądze!) i miejsce na stażu czy kursie specjalizacyjnym; pomiatanie "młodymi" i pogarda dla "starych", którzy używają metod wyuczonych 20 lat temu i od lat nie byli na żadnej konferencji naukowej. Tego nie da się naprawić pieniędzmi, na to potrzeba czasu i pokoleń.
6.
Koledzy Lekarze! Nie dajcie się wziąć w kamasze, posadzić w więzieniu ani postawić pod sąd. Nie dajcie się szkalować i wyzywać od morderców. Nie gódźcie się na głodowe pensje ani na ochłapy, którymi próbują Wam zamydlić oczy. Nie dajcie się zwodzić obietnicom podwyżek: i tak ich nie dostaniecie. Przyjdą górnicy, wyrwą bruk z warszawskich ulic i dostaną swoje, czyli Wasze. Im dłużej będziecie strajkować, tym więcej będzie Was lud nienawidzić. Już jesteście nazywani terrorystami. Dalszy strajk przyniesie coraz więcej bólu... Nie dajcie się zwolnić- zwolnijcie się sami.
WYJEŻDŻAJCIE! Póki jeszcze granice otwarte. Póki tutaj ciągle brakuje lekarzy. Polska jeszcze długo nie będzie Was doceniała.
Nie zamierzam wrócić do Polski, nie nadaję się. Im wyżej tu w hierarchii pracujesz, tym więcej korzyści z życia w zaawansowanej demokracji widzisz i tym trudniej zdecydować się na powrót do Kaczystanu.
skomentuj (0)Miłość jest jak narkotyk. Na początku odczuwasz euforię, poddajesz się całkowicie nowemu uczuciu. A następnego dnia chcesz więcej. I choć jeszcze nie wpadłeś w nałóg, to jednak poczułeś już jej smak i wierzysz, że będziesz mógł nad nią panować. Myślisz o ukochanej osobie przez dwie minuty, a zapominasz o niej na trzy godziny. Ale z wolna przyzwyczajasz się do niej i stajesz się całkowicie zależny. Wtedy myślisz o niej trzy godziny, a zapominasz na dwie minuty. Gdy nie ma jej w pobliżu - czujesz to samo co narkomani, kiedy nie mogą zdobyć narkotyku. Oni kradną i poniżają się, by za wszelką cenę dostać to, czego tak bardzo im brak. A Ty jesteś gotów na wszystko, by zdobyć miłość.
skomentuj (0)
"Prawo brzmi zbyt cicho, aby usłyszeć je wśród zgiełku broni"
Gajusz Mariusz
Caius Marius urodził się 156 albo 157 roku p.n.e. w Cereatea nieopodal Arpinum w południowym Lacjum. Był jednym z najsławniejszych wodzów rzymskich. Zasłynął rozgromieniem plemion Teutonów i Cymbrów oraz przeprowadzeniem gruntownej reformy armii rzymskiej, za co uznany został trzecim założycielem Rzymu (po Romulusie i Kamillusie). Siedmiokrotnie wybierany na konsula (107, 104, 103, 102, 101, 100 i 86 rok p.n.e.).
Mariusz pochodził z niezbyt zamożnej rodziny.
Jego rodzice byli klientami poważanej plebejskiej rodziny Herenniuszy.
Początkowo młody Mariusz, zanim wstąpił do armii, pracował jako zwykły wieśniak.
Istnieje legenda mówiąca, że Mariusz jako młodzieniec znalazł orle
gniazdo z siedmioma pisklętami. Jako że orły były uważane za święte
zwierzęta Jowisza, najważniejszego boga Rzymian, później wydarzenie to
było widziane jako omen zapowiadający siedmiokrotną elekcję Mariusza na
stanowisko konsula. Później Mariusz wydał dekret uznający orła za
symbol Senatu i Ludu Rzymskiego (Senatus Populusque Romanus - S.P.Q.R.).
W 134 roku p.n.e. wstąpił do armii Scypiona Młodszego.
Jego zdolności zostały dostrzeżone podczas oblężenia Numantii w czasie wojny
w Hiszpanii. Stopniowo Mariusz zaczął coraz realniej myśleć o karierze politycznej.
W tym celu wystartował w elekcji na jednego z 24 specjalnych trybunów wojskowych czterech pierwszych legionów.
Następnie wziął udział w wyborach na urząd kwestora po nieudanej elekcji na urząd w Arpinum.
W 119 roku p.n.e. objął urząd trybuna ludowego na rok przy wsparciu
Quintusa Caeciliusa Metellusa (później znanego jako Metellus Numidicus), członka jednej z najbardziej wpływowych rodzin tego okresu.
W czasie swojego urzędu wyraźnie wspierał stronnictwo popularów
a poprzez swoją działalność został wkrótce przywódcą stronnictwa.
Do jego zasług należy zaliczyć chociażby przeforsowanie prawa zakazującego
wykorzystywania bogactwa i majątku w wyborach.
Po zakończeniu urzędu wziął udział w wyborach na edyla kurulnego i plebejskiego, które jednak przegrał.
W 116 roku p.n.e. wygrał elekcję na pretora na rok i szybko został oskarżony o ambitus (wyborcza korupcja).
Udało mu się wywalczyć uniewinnienie i spokojnie dopełnił swój urząd.
W 114 roku p.n.e. odroczono imperium
Mariusza i wysłano go na Półwysep Iberyjski, aby zarządzał Luzytanią
(tereny dzisiejszej Portugalii), jako propretor. W czasie swoich rządów
podjął się paru niewielkich operacji wojskowych o małym znaczeniu
(m.in. walka z buntowniczymi plemionami). Swój urząd złożył w 113 roku
p.n.e.
Nie ubiegał się o konsulat z braku szans na odniesienie sukcesu. W celu podniesienia swojej rangi politycznej
ożenił się z Julią (ciotką Juliusza Cezara),
dzięki czemu skoligacił się z rodem patrycjuszowskim.
W 109 roku p.n.e. jego dawny opiekun Quintus Caecilius Metellus, który za czasów trybunatu Mariusza był jego przeciwnikiem, wyznaczył Gajusza na swojego legata w kampanii w Afryce przeciwko Jugurcie, królowi Numidii. Legaci (legati) byli zwykle posłańcami senatu, ale mężczyzna mianowany jako legat przez senat, był wykorzystywany jako najważniejszy zastępca generała. Metellus uzyskał zgodę senatu o uznanie Mariusza za swojego legata i mógł wyruszyć na wojnę. W czasie kampanii Metellus korzystał z doświadczenia wojskowego Mariusza, a ten stopniowo umacniał swoją pozycję polityczną.
W 108 roku p.n.e. Mariusz poczuł się na tyle silny, aby wystartować w nadchodzących wyborach konsularnych. Mimo braku poparcia Metellusa, który radził Mariuszowi wystartowanie w następnych wyborach wraz z jego synem, ten rozpoczął kampanię wyborczą. Swój elektorat zaczął zdobywać wśród żołnierzy i kupców, którym przypochlebiał się mówiąc, że gdyby miał tylko połowę żołnierzy Metellusa już dawno temu wojna byłaby zakończona. Poprzez intrygi i fałszywe oskarżenia Mariusz ostatecznie doprowadził do odebrania mu dowództwa i uzyskania konsulatu w 107 roku p.n.e.
W celu zwiększenia liczebności armii na wojnę w Afryce, Mariusz przeprowadził reformę wojskową, która umożliwiła
mu pozyskanie ogromnej liczby nowych rekrutów oraz całkowite zmodernizowanie i ulepszenie rzymskiej "machiny wojennej"
(reforma ta jest dokładnie przedstawiona w osobnym dziale).
Mariusz z czasem jednak zdał sobie sprawę, że nie będzie tak łatwo wygrać wojny jak mu się na początku wydawało.
Udało mu się jednak stopniowo, w ciągu roku 107 p.n.e. i następnego,
zepchnąć Jugurtę na południowy zachód w kierunku Mauretanii. W tym czasie kwestorem w armii Mariusza był
Lucius Cornelius Sulla, doskonały przywódca,
który w przyszłości będzie jego głównym rywalem o władzę w Rzymie.
Do końca roku 105 p.n.e.
odniósł kilka zwycięstw i ostatecznie zakończył wojnę zawierając
przymierze z Bokchusem, królem Mauretanii, który zdradziecko schwytał Jugurtę i wydał go Rzymianom.
Za zwycięstwo nad Jugurtą Mariusz otrzymał prawo triumfu, który odbył 1 stycznia 104 roku p.n.e.
Nieoczekiwanie na północy pojawiła się groźba inwazji plemion barbarzyńskich na samą Italię. Około 120 roku p.n.e. swą wędrówkę po Europie rozpoczęły germańskie plemiona Cymbrów, Teutonów i Ambronów z Półwyspu Jutlandzkiego. W 113 roku p.n.e. barbarzyńcy przeszli przez Noricum (Austrię) i zmierzali dalej na południe. W okolicach dzisiejszej Lublany pokonali armię konsula Gajusza Papiriusza Karbona, który chciał zatrzymać ich z dala od Italii. Konsul Marek Juniusz Sylanus w 109 roku p.n.e. zastąpił Germanom drogę nad górnym Rodanem, ale również poniósł klęskę. Po tym zwycięstwie przybysze z północy nie przekroczyli granic Rzymu, ale skierowali się do Galii.
Rzymianie spróbowali pokonać ich w roku
105 p.n.e. jednak mimo przewagi liczebnej, armia Gnejusza Maliusza Maksymusa
poniosła straszliwą klęskę pod Arausio.
Rzymian ogarnął strach. Senat wezwał Mariusza do walki z barbarzyńcami,
ofiarując mu po raz drugi urząd konsula w 104 roku p.n.e.
Jedyne siły, jakie miał do dyspozycji
(20.000 legionistów) były zdemoralizowane i kryły się za murami
Masalii. Doświadczony wódz rozpoczął ich
reorganizację, a wprowadzone przez niego zmiany niedługo objęły całą
armię rzymską. Reforma te to na przykład
ujednolicenie uzbrojenia i zerwanie z podziałem według wieku na
formacje
hastati, principes i triarii, rozwiązanie jazdy ekwitów i zastąpieniu
jej najemnikami, przydzielenie każdemu
legionowi balist i katapult oraz redukcja taborów (legioniści prawie
wszystko nieśli sami, w związku z czym
zwano ich "mułami Mariusza"). Zmiany jak się okazało dały efekt.
Barbarzyńcy bezskutecznie próbowali zdobyć obóz Mariusza w
Ernaginum. Na 103 rok p.n.e. Mariusz otrzymał po raz trzeci konsulat.
W 102 roku p.n.e. objął po raz czwarty konsulat. Tego samego roku pod Aquae Sextiae Mariusz rozgromił Ambronów, których lud doszczętnie wyginął w tej bitwie. Zdyscyplinowani legioniści bez trudu pokonali bezładny tłum Germanów. Dwa dni później nadciągnęli Teutoni, którzy ponownie jak Ambronii pod Aquae Sextiae ponieśli klęskę. Barbarzyńcy nie mogli wykorzystać swej przewagi liczebnej, ponieważ musieli atakować pod górę, stłoczeni w wąskiej dolince między dwoma wzniesieniami. Część legionistów powstrzymywała Teutonów, a wydzielony oddział obszedł ich, niewidoczny za wzgórzami, i zablokował wyjście z doliny. Pułapka Mariusza zatrzasnęła się. Germanie nie byli w stanie przebić się przez rzymskie szyki. Ginęli pod gradem oszczepów i ciosami krótkich gladiusów, idealnych do walki w ścisku (w przeciwieństwie do długich mieczy i wielkich toporów Germanów). Teutońscy wojownicy zostali wybici do nogi. Ich liczba nie jest znana, ale zapewne przekraczała 100.000 (rzymska armia liczyła zaledwie 40.000). Co najmniej drugie tyle wzięto do niewoli. Były to głównie kobiety i dzieci, ale Mariusz nie miał litości - kazał zapędzić jeńców na górę i strącić w przepaść.
Legioniści zostawili niepogrzebane, gnijące trupy Teutonów na postrach
dla nadchodzących Cymbrów. Po pokonaniu Teutonów Mariusz w 101 roku
p.n.e. udał się do Rzymu aby objąć po raz piąty konsulat i odbyć triumf
z okazji pokonania Teutonów. Tego samego roku pod Vecellae Mariusz
rozgromił Cymbrów. To właśnie ogromne rozmiary armii Cymbrów były jedną
z przyczyn ich klęski. Ściśnięci jeden obok drugiego byli łatwym celem
dla rzymskich oszczepów, a w walce wręcz przeszkadzali sobie nawzajem.
Nie mając w tłumie miejsca na wzięcie zamachu swym długim, ciężkim
orężem, byli zupełnie bezbronni. W bitwie padło 120.000 Cymbrów, a
plemię przestało istnieć. Po tych zwycięstwach Mariusza obwołano
trzecim założycielem Rzymu i w ramach nagrody przyznano mu szósty
konsulat na rok 100 p.n.e. Konsulat wynikał także z przymierza Mariusza
z Saturninem i Galucją na mocy którego Mariusz został wybrany na urząd
konsula na rok 100 p.n.e., Glaucja na urząd pretora, natomiast Saturnin
musiał w porozumieniu z Mariuszem zamordować Kwintusa Nunniusza, aby
otrzymać urząd trybuna ludowego.
Aby uzupełnić jego
obraz jako wodza, warto wspomnieć, że był niezwykle przesądny, wierzył w znaki, wróżby i ofiary. Podczas
kampanii wojennych towarzyszyła mu wróżbitka zwana Martą Czarodziejką. Mariusz ponoć nigdy nie rozpoczynał
bitwy, jeśli nie uznała ona, że bogowie mu sprzyjają.
Podczas swego konsulatu w 100 r. p.n.e.
Mariusz w sferze politycznej postępował nierozważnie.
Obniżył ceny zboża i chciał wspólnie z Saturninem i Galucją przyznać weteranom ziemie w Afryce. Do
przeprowadzenia tego
nadania miano powołać komisję na czele której stanąłby Mariusz. Senat pod przymusem zaakceptował ustawę.
Jednak już w roku następnym Saturnin znów starał się o urząd, tym razem konsula i znów zamordował swojego
przeciwnika ze stronnictwa popularów - Memmiusza. To już przebrało miarę cierpliwości senatu. Zażądał od
konsula Mariusza podjęcia działań zbrojnych. I ten, chcąc nie chcąc, musiał rozpocząć walkę ze swoimi dawnymi
sojusznikami. Armia pod dowództwem Skaurusa rozbiła w 100 roku p.n.e. broniących się na Kapitolu Saturnina i
Galucję. Po tym wydarzeniu popularność Mariusza znacznie spadła, odwrócili się od niego jego
dotychczasowi stronnicy, nie było mowy o następnym konsulacie.
Skłóciwszy się z prawie wszystkimi, wycofał się z życia publicznego i udał się na wschód.
Do roku 95 p.n.e. w państwie istniała względna stabilizacja. Wtedy też senat rzymski wydał prawo mówiące o
wyrzuceniu z miasta wszystkich nie obywateli rzymskich, a w 91 roku p.n.e.
zamordowano trybuna ludowego - Marcusa Liviusa Drususa.
Wydarzenia te doprowadziły do wybuchu tzw. wojny ze sprzymierzeńcami (91 - 88 p.n.e.),
gdzie Italikowie domagali się przyznania im
rzymskiego obywatelstwa.
Mariusz powrócił w roku 90 p.n.e. odnosząc kilka zwycięstw.
W 88 roku p.n.e. musiał uciekać z Rzymu, gdy miasto zajął zbrojnie
jego dawny podwładny - Lucjusz Korneliusz Sulla. Doszło tym samym do I wojny domowej.
Mariusz przy pomocy swego stronnika, trybuna ludowego
Publiusza Sulpicjusza, doprowadził do odebrania mu dowództwa nad armią, gdyż sam chciał dowodzić w wojnie
z Mitrydatesem, królem Pontu. Krwawe zamieszki na ulicach Wiecznego Miasta były zapowiedzią przyszłych
wydarzeń. Mariusz udał się do Afryki, a senat pod naciskiem Sulli ogłosił Mariusza wrogiem
publicznym.
W 87 roku p.n.e. konsulem został Lucjusz Korneliusz Cynna ze stronnictwa popularów. Jego decyzje
doprowadziły do kolejnych walk, w wyniku których Cynnę wygnano.
Powrócił on do Italii rok później, razem z Mariuszem, kiedy Sulla przebywał na wschodzie. Zwolennicy starego
wodza wraz z nim pomaszerowali na Rzym. Przez pięć dni i nocy trwała masakra optymatów i innych wrogów
Mariusza. Senat w wyniku nacisków uznał Sullę za wroga publicznego, a Cynna i Mariusz
zostali konsulami na rok 86 p.n.e. Mariusz ponadto otrzymał główne dowództwo w wojnie na wschodzie.
Zaledwie jednak miesiąc po przybyciu do Rzymu Mariusz zmarł w wieku 71 lat.
Zmarł w 86 roku p.n.e. Ostatnim aktem zemsty Sulli na Mariuszu było zniszczenie jego grobu i rozsypanie prochów.
skomentuj (0)Sytuacja z II połowy lat 80: z naszego oddziału Zabrze zakwalifikowało do przeszczepu serca p.H.- z zawodu hydraulika (przy okazji przepraszam wszystkich hydraulików). Po kilku tygodniach dostałyśmy z Zabrza kopertę formatu A4, w której były dokumenty informujące nas w zasadzie o wszystkim, co z ww. p.H. działo się podczas pobytu w Klinice do momentu wypisania, zalecenia "na zaś" i na koniec - podziękowania dla nas "za tak profesjonalne przygotowanie pacjenta do transplantacji". Podpisał się pod tym Pan Docent Zembala, a nasze szczęście nie miało granic, chociaż zaczęłyśmy się zastanawiać, gdzie podział się nasz pierwszy "przeszczepiony" pacjent. Uruchomiłyśmy wszystkie kontakty i okazało się, że p.H. opowiada wszystkim, że już nigdy nie wróci do tych (...), bo (...). Ale niestety - wrócił. Oczywiście nie przyjmował ŻADNYCH zaleconych w Zabrzu leków, w międzyczasie "dorobił" się cukrzycy. Przyjęłyśmy go w bardzo ciężkim stanie. Oprócz reklamówki z brudnymi rzeczami, miał słoik z własnym sercem (podobno w formalinie), którego nie dał sobie odebrać, więc straszył tym cudem pacjenta leżącego obok siebie. A jak już trochę "otrzepał pióra", to z automatu telefonicznego zadzwonił do pogotowia i zamówił sobie przewóz do domu. Pogotowie oczywiście przyjechało, ale zgodnie z "zamówieniem" - była to tylko przewozówka, natomiast p.H. zażyczył sobie asysty lekarza. Wystarczy tej tragikomedii? Od tamtego czasu już doskonale wiem, co to jest "chybiona inwestycja". (Komentarz do informacji "Kolejna lekarska afera "Dziennika")
skomentuj (0)
W1982 roku w prestiżowym magazynie "The Economist" ukazał się, zapowiedziany na okładce pisma, raport o biednej Irlandii pod tytułem: "Najbiedniejsi wśród bogatych". W 1998 roku ten sam magazyn na swojej okładce znów przedstawił Irlandię – tym razem z tytułem: "Gwiazda Europy!".Jak to możliwe, że kraj, który jeszcze 25 lat temu miał dług publiczny w wysokości 150 proc. PKB, bezrobocie na poziomie 17 proc., a PKB na głowę mieszkańca najniższy spośród członków Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, dziś jest gospodarczym tygrysem Europy? Aby zrozumieć, na czym polega fenomen przemian gospodarczych na Zielonej Wyspie, należy przedstawić trochę historii tego kraju.
Od wielkiego głodu do niepodległości
Będąca od 1801 roku w unii realnej z Wielką Brytanią katolicka Irlandia była traktowana przez protestantów niemal jak kraj niewolników. Katolicy aż do czasów Daniela O’Connella (1829 rok) nie mieli praw politycznych, jeszcze dłużej nie mogli być właścicielami ziemi, zaś w latach 40. XIX wieku przez Irlandię przetoczyła się zaraza ziemniaczana, która do śmierci głodowej doprowadziła ponad milion Irlandczyków.
Przez cały wiek XIX w Anglii krążyły dowcipy o irlandzkich wieśniakach, którzy zobaczywszy po raz pierwszy schody – schodzili po nich tyłem, jak po drabinie. Nędza i zacofanie były powszechne.
W 1921 roku Irlandia uzyskała autonomię. Stan ich gospodarki nadal pozostawiał wiele do życzenia.
Mimo przystąpienia do EWG w 1973 roku, gospodarka irlandzka wciąż była zacofana – bezrobocie sięgało 17–20 proc., młodzi ludzie masowo wyjeżdżali do USA, 40 proc. Irlandczyków pracowało w rolnictwie, przemysł nie stanowił siły napędowej gospodarki.
Radykalny zwrot
Na początku lat 80. XX wieku kolejne pokolenie Irlandczyków rozpoczęło swój exodus do USA w poszukiwaniu lepszego życia, co bardzo przypomina aktualną emigrację tysięcy Polaków do Irlandii i Wielkiej Brytanii. Rząd, chcąc ich zatrzymać, postanowił dokonać radykalnych reform gospodarczych. W 1982 roku Irlandczycy dwukrotnie wybierali Dáil, czyli swój parlament, gdyż rząd Fianna Fáil nie zdołał uchwalić budżetu państwa.
W grudniu 1982 roku, pod wodzą Garreta FitzGeralda, utworzono koalicyjny rząd Fine Gael (chadecy) oraz Partii Pracy. I to właśnie rząd centrowo-lewicowy, a nie prawicowa i konserwatywna Fianna Fáil, doprowadził do radykalnych reform gospodarczych.
Trzy ważne zmiany
Podpisane w 1985 roku porozumienie rządu, związków zawodowych i organizacji rolników pod nazwą "Porozumienie społeczne" zakładało reformy w trzech dziedzinach. Po pierwsze uchwalono plan naprawy finansów publicznych – w 1985 roku dług publiczny wynosił 150 proc. PKB. Dziś premier Bertie Ahern dysponuje miliardem euro nadwyżki budżetowej. Drugim elementem strategii rządu była nowa polityka strukturalna, której celem miała być poprawa konkurencyjności irlandzkiej gospodarki. W tym celu uchwalono niski, 10-procentowy podatek od przedsiębiorstw, co zachęciło z biegiem czasu zagranicznych inwestorów do przenoszenia swoich firm na wyspę, i maksymalne uproszczenie zakładania firm oraz rozliczania się z fiskusem. Trzecia część rządowego planu polegała na tym, że poszczególne grupy zawodowe nie będą przeciw planom protestować. Chodziło głównie o protesty przy sprzedaży państwowych firm lub zamykaniu nierentownych przedsiębiorstw. Zreformowano także telekomunikację, energetykę i transport.
Na efekty tych zmian nie trzeba było długo czekać. Od początku lat 90. gospodarka irlandzka zaczęła się rozwijać w tempie 10–11 proc. w skali roku, bezrobocie spadło do 3,5 proc. Udało się też zahamować emigrację. Dziś Irlandia nie tylko ma najwyższy w Europie wskaźnik przyrostu naturalnego, ale także sporo "uciekinierów" zza oceanu wraca do ojczyzny. Zakłada się, że w 2011 roku na wyspie będzie 4,1 miliona obywateli (obecnie 3,9 miliona).Efekty, czyli "cud"
Wstępując do EWG, poziom rozwoju gospodarczego Irlandii stanowił 62 proc. średniej unijnej – dziś 120 proc. Te zmiany, o których mowa wyżej, dokonane przez Irlandię, rzeczywiście spowodowały niebywałe podniesienie się poziomu życia. Napłynęły miliardowe inwestycje z zagranicy. Mówi się, że Irlandia zawdzięcza boom gospodarczy środkom unijnym. Nie do końca jest to prawda, gdyż przez cały pobyt we Wspólnocie otrzymała 34 miliardy euro, natomiast nowe inwestycje zagraniczne sięgają 20 miliardów dolarów rocznie! To między innymi kapitał zagraniczny spowodował wzrost dobrobytu. Inwestycje oraz zmiany strukturalne doprowadziły do zmiany zatrudnienia tysięcy ludzi. Dziś w rolnictwie pracuje tylko 7 proc. ogółu, dominują usługi (55 proc.) i przemysł (36 proc.).
Irlandia jest dziś siedzibą ponad 300 wielkich światowych koncernów. W Irlandii inwestuje Microsoft, który według niektórych opinii wytwarza 2 proc. wzrostu gospodarczego każdego roku, a ponadto zatrudnia ponad 2,5 tysiąca osób. Z tej samej branży swoje siedziby w Irlandii mają ponadto: Intel, IBM, Dell, Hewlett Packard. Trzynastu z dwudziestu największych światowych producentów urządzeń medycznych produkuje je w Irlandii. Dziewięć z dziesięciu największych koncernów farmaceutycznych ma fabryki na wyspie. Kupując cztery lekarstwa w aptece, proszę spojrzeć na opakowanie – statystycznie co najmniej jedno z nich powinno być wyprodukowane w Irlandii. Ponadto miliardy euro inwestują w Irlandii koncerny lotnicze i samochodowe. Zainteresowanie tym krajem spowodowane jest oczywiście najniższym w Europie podatkiem od zysków dla firm, który na skutek wielu zabiegów Unii Europejskiej od 1 stycznia 2003 roku został podniesiony z 10 do 12,5 proc. Na szczęście irlandzkiemu rządowi udało się wywalczyć w Brukseli zachowanie dotychczasowego opodatkowania dla już istniejących firm. Zatem większość koncernów, które dają pracę tysiącom Irlandczyków, nadal płaci 10 proc.
W rankingu wolnych gospodarek prestiżowej Heritage Foundation Irlandia jest sklasyfikowana na 7. miejscu za 2007 rok, Polska na 87. miejscu. Koszty pracy w porównaniu z Wielką Brytanią są niższe o 15 proc., w porównaniu z Polską o 80 proc. Duże znaczenie dla inwestorów ma fakt, że założenie firmy można załatwić w jeden dzień. PKB na głowę mieszkańca stawia Irlandię na 4. miejscu na świecie. Głód w Irlandii jest już pamiętany tylko za sprawą pomnika Ofiar Wielkiego Głodu w centrum Dublina.
Tygrys Europy
Irlandia, w przeciwieństwie do większości krajów Europy, nie ma problemu bezrobocia. Oczywiście nie wszystko jest tam doskonałe. Rząd nadal bardzo wiele dziedzin reguluje, poszczególne grupy społeczne cieszą się różnymi przywilejami (emeryci za darmo korzystają ze wszystkich rodzajów transportu poza samolotami), płaci 200 euro tygodniowo na każde dziecko, choć z drugiej strony dzięki temu w Irlandii ostał się do tej pory jeszcze model rodziny, gdzie kobiety nie pracują, tylko wychowują dzieci. Tradycyjny model rodziny przeważa jednak tylko na prowincji.
Jeśli chodzi o podatki osobiste, to specjalnymi przywilejami cieszą się pełne rodziny, które mają wiele ulg podatkowych. Najlepiej jednak usytuowani są artyści, którzy są całkowicie zwolnieni z podatku dochodowego. Dlatego m.in. gwiazda U2, Bono, nie musi meldować się w Monaco. Irlandczycy, którym nie uda się uzyskać statusu artysty, płacą podatki w dwóch progach: 18 proc. dla zarobków do 18 tys. euro oraz 42 proc. dla zarobków powyżej 40 tys. euro rocznie. VAT niemal na wszystko jest jednolity i wynosi 21 proc.
Przykład dla Polski
Wiele mówi się o tym, że Polska po wyborach stanie się drugą Irlandią. Jak widać, aby pobudzić gospodarkę i dokonać "cudu", wystarczyły tak naprawdę trzy posunięcia. PO obiecywało przed wyborami obniżkę podatków, ale pierwsze zapowiedzi powyborcze, między innymi dotyczące zablokowania dalszej obniżki składki rentowej, nie nastrajają optymistycznie. Po drugie, aby Polska rzeczywiście stała się rajem dla inwestorów, należałoby pójść drogą estońską, gdzie firmy reinwestujące zyski na terenie kraju w ogóle nie płacą podatku dochodowego. Wreszcie państwo musi się wycofać z tych obszarów, w których obywatelom znacznie lepiej służy "niewidzialna ręka rynku". Czy Platforma Obywatelska pozbędzie się intratnych stanowisk dla partyjnych kolegów, aby dokonać przeobrażeń gospodarczych? Najlepszym testem na chęć dokonania rzeczywistych zmian będzie likwidacja finansowania partii politycznych z budżetu państwa. PO zapowiadało, że po zwycięstwie będzie to jedna z pierwszych inicjatyw. Tylko czy partia w sytuacji, kiedy ma szansę otrzymać blisko 200 milionów złotych przez najbliższe cztery lata, będzie chciała podciąć gałąź, na której siedzi? Najbliższe tygodnie dadzą odpowiedź.